Odchudzanie. Jak to jest z tym naprawdę? – Odcinek 15

Mógłbym powiedzieć, że odchudzanie towarzyszy mi całe życie… Ale tak nie jest. Natomiast czasami tak czuje 🙂. Ale naprawdę tak nie było. Odkąd pamiętam z lat dzieciństwa wszyscy w otoczeniu byli szczupli, to znaczy normalni. Tak wtedy myślałem. W latach 70-tych XX wieku (jak to brzmi…, jestem z poprzedniego wieku) ludzie wyglądali w zdecydowanej większości szczupło czyli dla mnie normalnie. Na podwórku i w szkole mieliśmy tylko jednego kolegę, którego przezywali Gruby. Zastanawiając się nad tym myślę co miało wtedy większy wpływ na to: czy to że ludzie nie zarabiali zbyt dużo (dla przypomnienia dzieciom – średnia pensja wynosiła 30 dolarów amerykańskich USA), czy to że w sklepach nie było takich rarytasów jak dziś (rarytasem nazywałem pomarańcze i wyroby czekoladopodobne) czy może to że nie było jeszcze tyle chemii spożywczej i jedzenie było świeże i zdrowe.? Patrząc na stare filmy dokumentalne przyjrzyjcie się ludziom. Zaskoczony byłem ale wszyscy byli szczupli.

Dlaczego teraz o tym piszę? Bo ostatnie lata to ciągła obserwacja wahania wagi. Niestety jak w tym powiedzeniu: 2 kroki w tył, 4 kroki w przód. I to początkowo jakoś bez specjalnego obżerania się. Wiem że wiele osób znajomych dalszych i bliższych ciągle mówi że musi się odchudzać. Dlatego napiszę o tym kilka słów bo może komuś coś przyjdzie do głowy, jakiś fragment wyda się znajomy albo użyteczny. Bo ja sam nie wierzę za bardzo w techniki odchudzania i diety cud. I zawsze lepiej sprawdzić to na sobie lub kimś znajomym, który przechodził to samo. Bo w telewizji i w reklamach opowiadają pierdoły i tak naprawdę zniechęcają. Ja nie wierzę w cudowne odchudzanie i spektakularne efekty.

Od początku tego roku (2019) postanowiłem, że muszę naprawdę zrzucić wagę. I to nie dlatego że uważałem się za grubego albo że ludzie mówili. Zawsze miałem wysoki poziom samoakceptacji. Tylko to w niektórych sprawach okazuje się, że nie pomaga. 🙂 Ale zaczęło mi to po prostu przeszkadzać. W życiu codziennym, przy wstawaniu z łóżka, przy zakładaniu butów, przy chodzeniu. Człowiek się poci jak świnia przy każdym ruchu, nie mieści się w spodnie, w koszulach strzelają guziki – no masakra. Osiągnąłem swój życiowy rekord -110 kg. I skończyłem 50 lat. To razem chyba przechyliło czarę goryczy. Bilans 50-latka. W mordę

Jak do tego doszło? Nie wiem. To znaczy wiem. Nie będę ściemniał przed sobą. To trwało.

Do 30 roku życia w ogóle nie wiedziałem co to dieta. Bo nie musiałem się tym interesować. Mogłem jeść i pić wszystko i ciągle pasek zapinałem na tę samą dziurkę. Ważyłem 78 kg i było zajebiście. A przypomnę był to rok 1998. I teraz pisząc to myślę, że XXI wiek źle wpłynął na mój obwód w pasie. I wszystkie inne obwody zresztą też. 🙂

Ale nie mogę obwiniać świata, że spasłem się. To tylko i wyłącznie moja wina. Bo przestałem się pilnować i jednocześnie zacząłem się sam usprawiedliwiać. Że praca, że nie mam czasu na sport ani żadną aktywność, że obiady i kolacje z klientami, że trzeba pić wtedy alkohol (no bo jak spotkanie bez alkoholu?, no nie da się 🙂 ), że wracałem późno a czasami nie było czasu zjeść nic w ciągu dnia, bo stresująca praca…więc drzwi od lodówki zamieniały się w drzwi obrotowe i pochłaniałem wszystko. No i oczywiście drineczek na dobre trawienie i sen … Żeby nie przedłużać: nie wiem kiedy to się stało ale przed 40-tką ważyłem 90 kg.

10 lat, 12 kg starszy, no ale Andrzejek znowu znalazł sobie wytłumaczenie : kryzys wieku średniego. Dobra wymówka? Dobra jak każda.

Więc żyłem sobie dalej tak samo, piłem, jadłem. Zaczęły się problemy zdrowotne, nadciśnienie, cholesterol, stłuszczona wątroba. Normalne. To całe tycie jest bardzo przebiegłe. Nie atakuje nagle tylko powoli, potroszeczku, trochę rośnie tu, trochę tam. A potem nie wiadomo kiedy masz grubą dupę i brzuch jak balon. No wredny skurczybyk.. Powoli nas przyzwyczaja do takiego stanu. Gdyby nagle człowiek się obudził rano i patrzy: jest gruby brzuch, nogi jak balerony a świńskie oczka patrzą w lustro podczas golenia no to by się wkurzył. Bo kładł się chudy a wstał gruby. No jak tak można 🙂

Ale nie, proces narasta powoli, tygodniami, miesiącami. I tak co rano wstajesz i niby nic, może coś troszeczkę ale to zawsze można przecież zgubić. No coś spodnie coraz ciaśniejsze i w pasku trzeba zrobić nową dziurkę, ale przecież tylko jedną i tylko o 2 cm… Kurde, sam się śmieję jak to piszę 🙂 🙂 🙂

Na pewno też tak mieliście, macie albo będziecie mieli. Mamy oczywiście na to wpływ ale wymówki są takie przekonujące. Zresztą życie jest fajne. Dużo pokus i przyjemności. Imprezy, alkohol, żarcie kebaba o 4 w nocy. Kto tego nie robił – nie zna życia. Życie mamy tylko jedno i trzeba z niego korzystać. Ale pamiętajcie że za wszystko trzeba płacić. Każdego smacznego hamburgera czy pizzę trzeba odrobić na rowerze albo pływalni. I to w ciągu 12 godzin. Bo jak nie – to dojdzie kolejny kebab, kanapki na mieście i 3 butelki wina z kolegami do kolacji. A tego już się jednym treningiem nie załatwi. A co byście nie robili to metabolizm spada po 30-tym roku życia, a po 40-tym to już zapie…..dala jak winda w dół do kopalni.

waga

U mnie pierwsze otrzeźwienie nastąpiło gdy na wadze zobaczyłem 99 kg. I pomyślałem sobie: no nie, 3 cyfrówki nie zrobię. Miałem wtedy to szczęście że moja firma pracowała z kliniką dietetyczną i pierwszy raz poszedłem po specjalistyczną pomoc. I rzeczywiście w ciągu 3 miesięcy waga spadła do 84 kg (-16 kg). Robi wrażenie. Początkowo było ciężko ale chodziło o wyrobienie nawyków. Gotowanie samemu, pakowanie w pudełka, posiłki co 3 godziny i chyba najważniejsze wtedy dla mnie: kontrola u dietetyka co 2 tygodnie. No bo wszystko można sobie wytłumaczyć ale spojrzeć babce w oczy kiedy na kontroli waga nie drgnęła – maksymalny obciach. Patrząc wstecz taka rada: musicie mieć bat nad sobą, kogoś kto przypilnuje, albo opier….oli. Bo człowiek jest tylko człowiekiem i czasami przychodzi ochota na ciasteczko, czekoladkę albo inne gówno które na zewnątrz człowieka waży 100 g ale już w środku człowieka waży 1000g. No zagadka wszechświata. Przeczy wszelkim prawom znanym mi. Ale tak jest.

Więc schudłem sobie. Śmiesznym efektem ubocznym były zatroskane twarze znajomych i pytania czy mam raka bo tak mizernie wyglądam. No żesz w mordę. Pamiętaj, ze ludziom nigdy nie dogodzisz. Jak jesteś gruby to cię obgadują, jak to to wyglądasz jak świnia i nawet radzą: weź się za siebie. A jak schudniesz to znowu: ale wyglądasz, to ci się zapadło i tamto. Taki blady jesteś, na pewno nie masz raka? Idź do lekarza, bo to nie możliwe żeby tak schudnąć po prostu…. Dlatego pamiętajcie, jeśli decydujecie się na zrzucenie kilogramów to robicie to tylko dla siebie a nie dla innych. Bo inni i tak mają nas w dupie, i na pewno nie docenią naszego wysiłku włożonego w zmniejszenie wagi. I jak schudniesz to i tak dopieprzą się do czegoś innego 🙂

A z tym lekarzem i rakiem. Należy się badać przynajmniej w podstawowym zakresie, profilaktycznie czy coś tam się nie zmienia. Kiedyś bym tak nie mówił bo sam tak nie robiłem. Ale dziś coraz częściej słyszę od znajomych że coś ich dopadło. Mamy inne czasy, sztuczną żywność, konserwanty, chemia, zanieczyszczenia, toksyny które przyjmujemy codziennie i z którymi nasz organizm sam sobie nie radzi. A kiedyś dawał radę bo mamy płuca, nerki, wątrobę, skórę, które są po to by oczyszczać. Ale kiedyś zatruwaliśmy się łyżeczką a dziś dokładamy codziennie łopatą.

Moje szczęście odchudzonego trwało jakieś 2 lata i potem znowu niepostrzeżenie powolutku zacząłem przybierać. Znowu nie wiadomo kiedy, bo to jest proces. Powrót do imprez, alkoholu, nocnego jedzenia itp. Raz sobie odpuściłem, potem kolejny i jeszcze kolejny. A tego też nie widać tak od razu więc człowiek sobie mówi: jest Ok, poradzę sobie. Aż przychodzi taki dzień, wstajesz, patrzysz i mówisz: k…wa, kiedy to się stało. Ale cóż też jest taki moment może słabszy okres w życiu że ci jest dobrze i nic nie potrzebujesz albo przeciwnie jest źle więc nie będziesz się jeszcze karał dodatkowo. Więc odpuszczasz dalej.

U mnie dodatkowo organizm rzadko odzywał się nagle, żeby dać znać że coś się dzieje. Może gdyby były sygnały człowiek zacząłby dbać wcześniej. A może nie miałbym już szansy gdyby było coś poważnego…..

U mnie tak się zdarzyło, że ostatnie 2 lata tycia kiedy osiągnąłem 100kg i potem 110 kg zbiegło się z rozpoczęciem suplementacji na poważnie. Zacząłem stosować produkty regularnie, po 2 miesiącach odstawiłem całą farmakologię, w tym środki na nadciśnienie i cholesterol (mimo że lekarze mówili że muszę brać już do końca życia) i od 2 lat nie byłem chory i wyniki miałem nienajgorsze przy tragicznym stylu jedzenia i picia. Częste wyjazdy, brak regularności, fajne imprezy, 3 obiady dziennie i sporo alkoholu nie dało czekać na efekt zbyt długo. Nawet się nie przejąłem, że przekroczyłem 3 cyfrówkę w wadze. Kolejna granica przekroczona. Ciekawe ile razy tak można? Ale tak naprawdę to nie jestem ciekawy. I właśnie ten stan nienajgorszy zdrowia, z jednej strony dokładanie sobie do pieca ile wlezie bez umiaru, a z drugiej pomaganie organizmowi w suplach spowodowały że nie widziałem dalej konieczności zrzucenia wagi. Dobrze się czułem bo trułem organizm ale też dawałem mu wspomaganie.

Ale jednak, wróciliśmy po nowym roku do domu i jeszcze 1 i 2 stycznia był jak dawniej. Bo to nie było żadne noworoczne postanowienie. I wstałem 3 stycznia rano, stanąłem na wagę, zobaczyłem 110 kg i powiedziałem sobie: to jest ten dzień. Zdecydowałem się po prostu. Bo dziś wiem, że brakowało mi tylko decyzji. Ale takiej prawdziwej a nie że chcę ale jeszcze pomyślę, przygotuję się, jutro albo najlepiej od nowego tygodnia.

I nie powiem, że było łatwo bo nie było. I każdy musi to wiedzieć bo to jest męka szczególnie jak kochasz jedzenie, uwielbiasz jeść i smakuje ci wino 🙂. Ale po pierwsze zrezygnowałem całkowicie z alkoholu, sam ułożyłem sobie dietę (może nie najlepszą ale moją i dla mnie bo zadziałało). Zrezygnowałem z pieczywa, makaronów, masła, wędlin, do picia tylko woda ale za to 4 litry dziennie (radzą żeby pić 40 ml wody na każdy kilogram ciała). Pozostawiłem spore dawki białka w chudym mięsie, rybach, jakach i białych serach oraz zupy warzywne ile wlezie. I zwiększyłem dawki suplementów. Jeśli do tej pory brałem 2 kapsułki dziennie, to teraz 6 kapsułek każdego preparatu, jeśli 2 miarki płynów to teraz 4 miarki. Oczywiście zdarzało się, że któregoś dnia zaproszony zjadłem makaron na śmietanie (był pyszny i nie żałuję), że wypiłem 2 kieliszki wódki na urodzinach (też nie żałuję ale nie smakowała) 🙂

I dziś po prawie 6 tygodniach waga zjechała do 100 kg (-10 kg). I czuję się zdecydowanie lepiej. I jaka radość, że koszula która wisiała w szafie 2 lata jest dobra 🙂. I że można zapiąć buty bez wysiłku. Takie drobiazgi. Ale dobre jest też to, że wyniki krwi są rewelacyjne. Dawno nie miałem lepszych. Trójglicerydy, cholesterol, próby wątrobowe w normie. Tylko niedobór witaminy D ale nad tym już pracuję z moim olejem 🙂. I oczywiście wiem, że ograniczenie jedzenia i picia spowodowało to ale jestem przekonany że aż takiego efektu nie osiągnąłbym bez uzupełniania diety.

I wiem, że to jeszcze nie koniec. Cel to 90 kg. Ale termin do końca kwietnia. I też mam bat nad sobą: kolega założył się ze mną o tysiąc złotych i kopa w tyłek z całej pary, że nie uda mi się to. Więc mam motywację 🙂  Ale jest już dużo lepiej mimo, że waga tak szybko nie spada. Bo ciągle jest decyzja. I wiem, że to osiągnę. I bez względu jak to zrobicie, czy sami, czy z dietetykiem, czy z wróżką, czy wybierzecie taką czy inną metodę (a tych jest w cholerę i ciut ciut) najważniejsze, żebyście chcieli to zrobić dla siebie. I nie tylko chcieli bo dużo osób do mnie dzwoniło i pytało się od dietę i jak to robię ale chyba nikt nie podjął prawdziwej decyzji. Bo chcieć to jednak za mało, trzeba zacząć robić. Często to gdzieś mi się ostatnio pojawia – że pomysł i idea to fajnie, ale musi być akcja. Bez wprowadzania pomysłów w życie nie ma żadnych efektów. A jak się już zdecydujemy naprawdę to nie oczekujcie niczego szybko. Przecież żarliśmy tygodniami i miesiącami, więc jak ma spaść coś w 1 czy 2 dni? Tak samo jest ze wszystkim, czy to dieta, czy biznes, czy pisanie bloga, czy uprawa marchewki. Trzeba czasu. I wytrwałości. Niestety. Ale DA SIĘ. Wszystko się da. Niemożliwe nie istnieje. Widziałem to na jednym warsztacie i tak jest. I wszystko zaczyna się w NASZEJ głowie.

I na koniec też zasłyszane: jeśli myślisz że ci się uda – masz rację, a jeśli myślisz że ci się nie uda – też masz racje. Bo to zależy od TWOJEGO nastawienia i TWOJEGO sposobu myślenia. Więc jeśli przeczytałeś to co napisałem, że zrób z tym co chcesz. Ja nie daję żadnych gwarancji że komuś innemu się uda. No chyba że ten ktoś zdecyduje dla siebie, że się uda.

I nie życzę powodzenia tylko działania 🙂